Nie mam na to czasu, ale przychodzi taki moment, że się nudzę. Coś mnie spotyka. Jestem świadkiem jakiegoś ciekawego wydarzenia. Nie wiem, jak to się dzieje. Po prostu nachodzi mnie ochota, żeby podzielić się tym ze światem. Albo i nie. Nikt nie musi tego czytać, po prostu chcę napisać o tym jakiś dłuższy tekst. Wróć. W planach nie ma być dłuższy, no ale moje wygadanie przechodzi w takiej sytuacji w palce i przeradza się w chęć napisania tego wszystkiego, co mam do powiedzenia. Idzie wolniej, ale nie jest tak źle. Za małolata, jeszcze w czasach podstawówki, coś przed tym komputerem robić trzeba było, a jak HTML okazywał się za trudny, a kreatywności do layoutów było brak, siadało się i pisało głupoty na
mylogu, czy onetowskim blogu. Poza tym, nie od parady skończyło się z wyróżnieniem drugi rok technikum informatycznego. Nie, żebym się chwaliła. O programowaniu jak nie miałam pojęcia tak nie mam.
Strasznie dużo się od moich początków z blogowaniem zmieniło. Jakby nie patrzeć – nic dziwnego. W końcu minęło od tego czasu już jakieś 10lat. Jak nie więcej. Wstyd. Tyle lat się w coś bawić i raczkować. Niestety, tak już bywa, jak człowiek szybko traci motywację i rezygnuje. Nie uważam się za „starego wyjadacza”, w żadnym wypadku. Żałuję, że tyle razy się brałam za prowadzenie blogów, o przeróżnej tematyce, a nigdy nic konkretniejszego się z tego nie urodziło. I tu mój pierwszy problem: tematyka. Blog „stylożyciowy”, jak to zwykł mawiać Grzeczny Chłopiec ze
StayFly to zdecydowanie jedyne, za co mogłabym się wziąć. Ale jeszcze do niedawna o tym nie wiedziałam.
Kilka minut temu na tym właśnie blogu były jakieś 4 wpisy. Które pojawiały się z częstotliwością… No, powstały w ciągu roku. Wstyd. Co więcej, stwierdzam, że były bezsensowne. Zafajkowałam „zaznacz wszystkie”, rozwinęłam listę i wybrałam opcję „przenieś do kosza”. Co się stało, że w ogóle się tu zalogowałam? Sama nie wiem. Jak tylko mam chwilę czasu i się nudzę przeglądam sobie różne blogi. Moim głównym miejscem, w którym zatrzymuję się na dłużej i czytam każdy wpis, to właśnie wspomniany wcześniej StayFly. Nie wiem dlaczego, niczyje słowa tak do mnie nie trafiają. Przed chwilą czytałam innego bloga, na którego trafiłam ze StayFly. A z tamtego na kolejnego… I po raz któryś przeczytałam posta, gdzie ktoś znów tłukł, że trzeba robić co się lubi, że nie wolno się poddawać. Jeśli chodzi o blogowanie – pisać choćby dla siebie. A ja lubię pisać. Po raz 12937419035419083 zaczynam pisać, po raz 12937419035419083 zadaję sobie pytanie: czy rzeczywiście warto?
Nie dowiem się, dopóki nie spróbuję.
Komentarze
Prześlij komentarz